Bombardowania na Polesiu

Maria Zielińska-Kwiatkowska, mieszkanka okolic Mokran na Polesiu:

Pierwsze odgłosy wojny usłyszałam kopiąc na polu ziemniaki na śniadanie. Było to bombardowanie lotniska w Brześciu. Początkowo myśleliśmy, że to ćwiczenia, ale komunikaty radiowe wyjaśniały wszystko. Plany na przyszłość runęły. Ja ukończyłam miejscową szkołę powszechną i miałam  w Brześciu uczyć się krawiectwa. Wkrótce i nasz cichy zakątek oddalony od większych skupisk ludzkich i 2 km od wsi Mokrany stał się niespokojny i niebezpieczny. Wszędobylskie lotnictwo hitlerowskie siekło z karabinów maszynowych bez litości po lasach, krzakach i polach. Początkowo, gdy usłyszałam ten charakterystyczny odgłos nadlatujących samolotów, kryłam się w krzakach, a później, gdy ścinane kulami km-ów liście i gałązki spadały obok mnie, pozostawałam w domu. Pamiętam, że zatykałam uszy i wciskałam się w najciaśniejszy kąt. Drżałam ze strachu, gdy samolot przelatywał nad nasza krytą czerwona dachówką, z dala widoczną chatą. Szosa brzesko-kowelska, która przebiegała  w odległości kilku kilometrów od nas była silnie bombardowana i ostrzeliwana przez samoloty nieprzyjaciela, bo nią uciekały masy ludności na wschód. Wieś Mokrany też była bombardowana bombami zapalającymi. U nas wówczas przebywało dużo tułającej się ludności. Ci, którzy nie mieścili się w budynkach, koczowali na podwórku. Zatrzymywali się na krócej lub dłużej i wędrowali dalej. Wśród nich byli również znani poeci, pisarze itp. Mama nasza piekła codziennie chleb, żeby choć częściowo pomóc im się wyżywić.

Okolice Mokran, wrzesień 1939

Źródło: Wspomnienia Sybiraków cz.2, Warszawa 1990